Krzyżowcy Bursztynowego Wybrzeża po raz osiemnasty, ostatni

Vilkacis, decydujące starcie
Po zwycięstwie nad Mongołami, a właściwie przeżyciu ich najazdu, mieliśmy w komturii chwilę oddechu. W ogóle poziom sławy skoczył nam całkiem nieźle, a co za tym idzie szacunek. Gospodarczo trochę się odbudowaliśmy, ale nasze postaci wiedziały, że nadchodzi nowa wojna. Z kolei gracze wiedzieli, że nieuchronnie zbliża się koniec kampanii. Ostatnią sesję rozegraliśmy w lipcu 2015 na Dzikim Zgonie, minęło trochę czasu i nie wszystko pamiętam, ale z całą pewnością  udział wzięli:

karp – Georg von Altruppin, zatroskany komtur,
Kevin – Gottfryd Schmetterling, zakonnik doskonały,
Maro – złotouchy Sierżant Uwe w stopniu sierżanta,
senmara – pani Blanka van Meer, mistrzyni ognia zaporowego z łuku,
Zydy – Marit von Zingvalda, wierny towarzysz broni,
oraz Smartfox – jako sojusznicy niedowiarki i jowialny vilkacis

Rokowania
W naszej szeroko rozumianej okolicy pojawił się nowy gracz, na tyle silny, że zawiązała się przeciwko niemu koalicja biskupstwa i zakonu. Książę Nowogrodu Aleksander Newski, o którym mowa zwrócił na siebie uwagę zwycięstwem nad Szwedami, a teraz coraz częściej hardo stawiał się niemieckiemu biskupstwu i zakonnikom. Wojna była nieunikniona.

Na rozmowy dotyczące sojuszu biskupstwa i zakonu została zaproszona nasza drużyna. Na miejscu spotkaliśmy starą znajomą Spidalę, rychło okazało się, że osobą prowadzącą rokowania ze strony biskupstwa będzie Vytautas z Kiavlai. Nie mieliśmy pewności co do jego osoby, ale chyba wszyscy podejrzewali, ze stanie przed nami diabeł we własnej osobie, czyli książę vilcacis.

Vytautas zaprosił nas na spotkanie, miejsce było mu obojętne, mogło to być nawet w kościele, co tylko świadczyło o jego sile. Nie krył specjalnie kim jest, choć się z tym też nie obnosił. Jowialny, pewny siebie, szanujący przeciwnika, jak na okoliczności to nawet szczery, w sumie swój chłop. Z drugiej strony totalnie zuchwały i pewny siebie, traktujący nas z pozycji „No co wy mi właściwie możecie zrobić? Oferuję potężna pomoc, a w dodatku infantylność kampanii zakłada, że nawet jak postawicie tu dziesięciu vilkacis, którzy się przemienią, to i tak nikt z obecnych nie uwierzy w to co się stało.” Niestety ten drugi argument był dość bolesny. Od początku kampanii przedstawiciele kościoła i zakonu, których spotkaliśmy wierzyli w demony, czary, a nawet jednorożce, ale vilkacis wszystkim wydawały się szczytem absurdu.

Mimo wszystko Georg poszedł uprzedzić władze zakonu w osobie Dietricha von Gruningena z kim próbują się układać – i tu wielka niespodzianka – ponownie potraktowano nas jak chorych psychicznie. Opuściliśmy rokowania, wyrażając jasno swoje zdanie.

Starzy znajomi
Na wezwanie do walki jednak stanęliśmy, wszak zakon, to zakon. W marcu 1242 roku ruszyliśmy na północ. Przed dotarciem na miejsce bitwy odbyliśmy jednak jeszcze dwa spotkania, obydwa ze starymi znajomymi.

Pierwsze poruszyło nas zdecydowanie bardziej, zresztą trudno aby było inaczej. Volquin i czterystu braci zakonnych, którzy zginęli sześć lat wcześniej pod Szawlami, na wezwanie Vytautasa zamierzało stawić się do bitwy przeciwko księciu Aleksandrowi, aby wesprzeć zakon. Ot taka przepustka z piekła. Mało tego, chłopaki złożyli nam propozycję wstąpienia w ich szeregi, która łączyła się z naszym wcześniejszym, nieplanowym zgonem i byli bardzo niepocieszeni, że daliśmy nogę.

A potem spotkaliśmy Dievsa (chyba), czyli miejscowego boga, który na początku kampanii dał nam pod opiekę Teklę. Dowiedzieliśmy się w sumie niewiele nowego, ale Dievs jasno nakreślił nam sytuację, w której się znaleźliśmy. Jeśli staniemy do walki po jednej stronie z nieumartymi, zakon zwycięży, ale na dłuższą metę zostanie skorumpowany przez sługi diabła i przepadnie. Z kolei jeśli sprawimy aby nieumarci nie połączyli z nami swoich sił, zapewne przegramy bitwę, a co za tym idzie sporo wpływów, ale zakon pozostanie nieskażony złem. Najgorsza w tym wszystkim była nasza sytuacja jako drużyny, gdyż czego byśmy nie wygrali to i tak przegramy.

Bitwa
W sumie wybór był tylko iluzoryczny, od początku wiadomo było, że nie staniemy ramię w ramię z vilkacis. W bitwie ustawiono nas na skrzydle, naszemu dowódcy Andreasowi von Felben powiedzieliśmy co i jak, on również uważał, że jeśli zwyciężymy mając po naszej stronie nieumarłych, przyczynimy się do upadku zakonu, rozumiał, że Vytautas nas wystawił. Ale na dyskusję było za późno, bitwa się rozpoczęła.

Zostaliśmy wystawieni na flance, aby móc zrobić jeszcze rekonesans, w czasie którego dostrzegliśmy, że Vytautas nie próżnował i ściągnął także posiłki niewiernych, a dokładnie Tatarów. I to była nasza deska ratunku. Plan był taki – wyjechać na nieumartych, sprowokować ich i wyciągnąć wprost na Tatarów, aby Volquin zobaczył, że Vytautas nie wezwał go do walki ku chwale krzyża, że ma walczyć z niewiernymi po jednej stronie. Trochę to było zwariowane, ale udało siew pełni. Rozwścieczony zdradą Volquin ruszył na Vytautasa, ów skruszył lód i piekielna jazda wróciła do swojego domu po drodze zahaczając o zimne wody jeziora Pejpus.

Bitwa była przegrana, a my stanęliśmy do walki z tym, którego tyle czasu szukaliśmy. Szczerze powiedziawszy, to myślałem, ze będzie dużo trudniej. Nasza piątka kontra Vytautas, trzech doświadczonych vilkacis i wiedźma Spidala. Wiedźmę w pierwszej turze Uwe zdjął z kuszy, może gdyby nie to, byłoby „ciekawiej”. Potem Georg Gottfryt i Marit powstrzymywali vilkacis, a Blanka i Uwe runda po rundzie osłabiali ich szereg. Po uzyskaniu przewagi liczebnej była to już tylko kwestia czasu. Rzadkie te vilkacis…

Epilog
Dwóch rannych vilkacis w srebrnych obrożach dostarczyliśmy do kościoła, gdzi zginęli w czasie przemiany. Pewnie dzień później i tak nikt już nie wierzył w to co zobaczył. Powróciliśmy do Ascheraden, gdzie Tekla wyszła za mąż za młodego rycerza Ragnara, a Staburadze wraz z wyznawcami dawnej wiary odeszła gdzieś na wschód, albo i w zapomnienie.

Jeszcze kilka refleksji.

Kiedy moja postać ruszała do bitwy z Aleksandrem Newskim, doskonale pamiętałem z historii jak to się skończyło. W dodatku biorąc pod uwagę przepowiednie młodej wówczas Tekli, że zginiemy za te kilka ładnych lat daleko na zamarzniętym jeziorze, byłem przekonany o śmierci postaci. Ba, byłem na nią w pełni gotowy. Bardzo fajny patent.

Główny zły wypadł słabo, choć może nie do końca. Jako postać jest super pomyślany, Fox bardzo fajnie go odgrywał, ale… Gramy osiemnaście scenariuszy, główny zły, który jest mega wpływowy i silny pojawia się dopiero na końcu i od razu ginie. Lekka lipa.

To moja pierwsza tak długa kampania jako gracza, jeśli nie w ogóle, to na pewno od czasu studiów, czyli ubiegłego millenium. Fajnie zgrał się fakt, że w czasie kampanii minęło osiem lat, a u nas w czasie rzeczywistym też nie mało bo blisko trzy lata. Grało się super, te sesje były okrasą naszych wyjazdów. Wrośliśmy trochę te postaci, ale kończyłem kampanię bez żalu. Bardzo miło wspominam ten wieczór, końcówka udanego weekendowego wyjazdu, świetna pogoda i cudowny widok z tarasu na słońce zachodzące za Ślężą.

Jakiś czas potem wspomnienia ożyły jeszcze w czasie „wycieczki” do krajów bałtyckich. Niestety nie udało się dotrzeć do Rygi, ale blaszany pomnik nad jeziorem w Szawlach przedstawiający ani chybi vilkacis oraz złoty łucznik wykonany ku czci Schmetterlinga to było to.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Crusaders of the Amber Coast, Raporty z sesji. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Krzyżowcy Bursztynowego Wybrzeża po raz osiemnasty, ostatni

  1. smartfox pisze:

    Infantylna kampania? Kurde, mocne 🙂

  2. Maro pisze:

    Tia. Zakończenie zajebistej kampanii w odpowiedniej miejscówce. Epic. 🙂

  3. karprpg pisze:

    Foxu, a gdzie ja piszę, że kampania była infantylna? Infantylny to był może bajkowy epizod z krzatami, a i to nie jestem pewien, czy za sprawą scnariusza, czy stanu drużyny 🙂
    Kampania była miodna, historia podszyta fantasy to zdecydowanie mój klimat.

    • smartfox pisze:

      Tu, dziadu: „a w dodatku infantylność kampanii zakłada”

      • karprpg pisze:

        OK, racja, odszczekuję zatem nieprecyzyjność wypowiedzi. Kampania jako całość nie jest infantylna jest git. Natomiast motyw, iż czego by się nie zrobiło, jakich dowodów nie dostarczyło (w tym części, a nawet całości vilkacis), a i tak nikt nie uwierzy w istnienie vilkacis jest infantylny. Chodzi o stronę chrześcijańską, bo Łatgalowie jak zobaczyli przemianę Spidali to nam wierzyli – do następnej sesji, kiedy to znowu dali się zmanipulować jak dzieci wilczemu biegaczowi.

      • smartfox pisze:

        Ej, chrześcijanie też Wam wierzyli. Hierarchia nie wierzyła, ale hierarchia też nie spotykała się z magami, wiedźmami etc. Poza tym to jak w dzisiejszym Kościele. W Szatana wierzą, ale w wilkołaki już nie.

        Co do zmanipulowania. Pewnie, że się dadzą. W Polsce ludzie wiedzą, że politycy to chuje, a dają się manipulować na okrągło. Jak dzieci 🙂

        Ale żeby było jasne, nie obrażam się za tę infantylność, ale ciekaw byłem, co bylo dla Ciebie dziecinne.

      • karprpg pisze:

        Tak, obecnie w kościele w wilkołaki nie wierzą, podobnie jak w ufo, ba spora część pewnie nie wierzy i w diabła, takiego z legend, czy w ludzkiej skórze… Pomijając mentalność osiemset lat temu, różnica polega na tym, że my nie prosiliśmy o ślepą wiarę, czy wiarę na słowo, my dostarczaliśmy dowody.
        Ale mniejsza z tym, bo to w sumie detal, a dyskusja pewnie ciągnęłaby się nam jak przy „wiarygodności” u Wegnera 🙂

  4. Zydy pisze:

    Dzięki za kronikę Danielu. Kampania była bardzo miodna, żal było żegnać się z barwnymi postaciami naszych prawych rycerzy i Uwe 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s