Krzyżowcy Bursztynowego Wybrzeża po raz siedemnasty

Oblężenie
Wszystko zaczęło się chyba od tego, że dobrze nam szło, ba wychodzi na to, że za dobrze. Gospodarczo było kwitnąco, piękna średniowieczna infrastruktura, palce lizać, politycznie też jakoś zaczynało to wyglądać, w sensie wrogów jakby ubywało, nawet vilkacis coraz bardziej podkulali mechate ogonki. Tylko ten Mistrz Gry jakiś taki z sesji na sesję coraz bardziej posępny, zamyślony i zawistny… No i w końcu wymyślił.
Poniższa sesja rozegrana została rok temu na GROZIE, za luki w pamięci z góry przepraszam. Udział wzięli:

karp – Georg von Altruppin, który z boginią flirtował, dzięki czemu na sumie znów serfował,
Kevin – Gottfryd Schmetterling, który wyglądał piękniej i mądrzej niż zazwyczaj, nawet gdy nie żył,
Maro – sierżant Uwe, który nosił razy kilka, aż go ponieśli,
senmara – pani Blanka van Meer, która odwagi omal życiem nie przypłaciła,
Zydy – Marit von Zingvalda, któremu niebiosa darowały nowe życie, choć w sumie nie do końca wiadomo po co,
oraz Smartfox – wraży, podstępny, bezlitosny, a nade wszystko skośnooki Mistrz Gry

To był kolejny scenariusz dołączony do kampanii Krzyżowców Bursztynowego Wybrzeża autorstwa Smartfoxa, poprzednie były jednymi z lepszych, teraz też nie można było narzekać na brak emocji, ba tak epicko to chyba jeszcze nie było. Nasz Mistrz Gry ciut nagiął nawet nie tyle realia historyczne, co… trasę rajdu Mongołów podbijających latem 1240 roku Europę.

Zaczęło się niewinnie, tu komuś zginęła krowa, tam drobny inwentarz, szczerze mówiąc zareagowaliśmy natychmiast tylko dlaczego, że było nudno. No może jeszcze ciut ciężko było wysiedzieć w jednym zamku z dojrzewającą  Teklą, nieszczęsnym obiektem westchnień w postaci młodego rycerza Ragnara von Meleuthin i zrzędzącym, nadopiekuńczym sierżantem Uwe. Georg postanowił nawet, że najwyższa pora aby Tekla wyszła za mąż, a nikt nie dopomoże jej w znalezieniu godnego małżonka lepiej niż pani Blanka, ale do rzeczy…

Nie pierwszy raz mieliśmy farta w rzutach kośćmi i nader szybko zorientowaliśmy się z kim mamy do czynienia. To było kilka grup Mongołów, każda po dwudziestu, może trzydziestu konnych, które robiły rekonesans naszych ziem. Trzeba przyznać, że nie robiły go po omacku, Mongołowie mieli dokładne raporty kupców kijowskich, którzy dokładnie poinformowali ich gdzie i czego szukać. Tylko dzięki dobrym rzutom na Tropienie (no i może trochę znajomości historii) wiedzieliśmy czego się spodziewać. Ale armia tysiąca konnych wysłanych aby zająć się naszą komturią i tak przerosła nasze oczekiwania. To było jak pojedynek gołego tyłka z batem.

Zdążyliśmy zebrać większą część wieśniaków, ale w zamku zrobiło się zbyt tłoczno. Zwierzęta i zapasy także powędrowały do zamku. Nasz kowal, Werner, robił za zbrojmistrza i płatnerza, a roboty miał pełne ręce. Poprosiliśmy o pomoc i Zakon przysłał nam trzydziestu knechtów i dwóch rycerzy, z własnej woli dołączyli też starzy, dobrzy znajomi Dąbała z Pacierza i Spytko z Nienacka. Większą część kobiet i dzieci udało się odesłać na barkach do Rygi, Oliwer został ostrzeżony i zdołał się obwarować w swoim kasztelu, ale to wszystko było mało i dobrze o tym wiedzieliśmy. Zdolnych do walki mężczyzn mieliśmy może dwie setki, z czego połowę stanowili wystraszeni, prości chłopi.

Mieliśmy sporo czasu na przemyślenia co dalej, a wiedzieliśmy że łatwo nie będzie, bo najeźdźcy nie chcieli naszych plonów, czy jeńców (no może też, ale to raczej przy okazji), plądrować z lepszym skutkiem mogli pewnie na południe od nas, raz że mieliby bliżej, dwa, że bogatsze ziemie. Mongołowie przyjechali jednak po Teklę. Nie do końca udało nam się rozwikłać czy ich wódz był vilkacis, czy z naszymi znajomymi wilczkami po prostu się „zwąchał”, ale kilka razy dostaliśmy jasne przesłanie – dajcie dziewczynę, a pojedziemy sobie dalej.

Zbrojne rajdy grupy rycerzy nie miały sensu przeciwko lekkozbrojnym, szybkim jak wiatr konnym łucznikom. Kombinowaliśmy trochę z pułapkami, jednak największych szans upatrywaliśmy w wodzie, a dokładniej w Staburadze. Bogini jak to zazwyczaj bywało poszła na współpracę (ma się ten urok osobisty), ale Mongołowie czuli, że rzeka im nie sprzyja i trzymali się od niej z daleka. Podczas pierwszego zwiadu, dokonanego dzięki sumom Staburadze, odkryliśmy, że wódz wrogów Oruchan ma dwóch silnych popleczników, jednego z vilkacis i czarownika, który kontroluje ptaki, a przez to wie o nas niemal wszystko.

Przez dłuższy czas cała zabawa polegała na drobnych przepychankach piarowych, a to Mongołowie podesłali nam jednego ze starszych naszych wiosek z uciętymi dłońmi i stopami aby złamać morale, na co my przekazaliśmy uciekinierom informację, że starszego okaleczono, mimo, że poddał się i poszedł na pełną współpracę. A to znowu delegacja mongolska chciała porwać Georga, na co my zabiliśmy posłów… Taki tam, marketing polityczny w ciut ciemniejszym odcieniu.

Pierwszą poważną akcję przeprowadził sierżant Uwe w pojedynkę. Poszedł na zwiad, a w tak zwanym międzyczasie, zmienił zdanie i rekonesans przerodził się w akcję skrytobójczą. Rzuty na kościach złamały wszelkie zasady prawdopodobieństwa i Uwe ustrzelił mongolskiego czarownika. Jeden, ale wielki problem z głowy.

W końcu przyszedł czas na regularne oblężenie. Działo się sporo i ciężko wszystko spamiętać, zwłaszcza po roku, ale… Przerabialiśmy małe i duże sukcesy i porażki, straciliśmy jedną wieżę, sporo ludzi, zaliczyliśmy kilka pożarów i nocny wjazd mongolskich ninja. Ależ się wtedy zjeżyłem na brak rzutów obronnych w BRP… Epicko wypadł rajd ośmiu rycerzy konno, którego celem było zniszczenie machiny oblężniczej. A potem zaczęła się stagnacja i powtarzalność, czyli szara codzienność życia w oblężeniu. I wówczas sierżant Uwe postanowił, że dłużej tak siedział nie będzie. Jak postanowił tak zrobił, ponownie, samowolnie wybrał się na akcję, ale tym razem kości okazały się wyjątkowo wredne, współpracowały tak długo, aż znalazł się w samym środku obozu wroga, a wówczas zdradziły.

Sierżanta Uwe zobaczyliśmy nazajutrz w obozie wroga wygodnie rozpiętego na kilku tyczkach, szarpiących jego ponętne, niemieckie ciało. Mongołowie zdecydowali się oddać nam sierżanta, tyle że po kawałku, a zaczęli od uszu. Oczywiście po raz kolejny pojawiła się propozycja – oddajcie Teklę, a my oddamy Uwe i sobie pójdziemy. Tylko tym razem wbrew (słyszanym z oddali) bluzgom Uwe, zaczęliśmy ustawiać wymianę.

Oczywiście ani przez moment nie zamierzaliśmy oddać Tekli, ale musieliśmy ją wystawić na jeszcze większe ryzyko. Nie graliśmy czysto, bo i nie spodziewaliśmy się czystej gry po stronie Mongołów. Ich przyszło na wymianę kilku więcej (w sumie to kilka razy więcej, ale co za różnica), my mieliśmy po naszej stronie rzekę Dźwinę, nad której brzegiem doszło do wymiany i Staburadze.

To była chyba najtrudniejsza, albo najbardziej pechowa walka jaką stoczyliśmy w całej kampanii. W czasie ucieczki na nogach pozostali ranny Georg, Uwe i Tekla, a całość powiodła siei tak tylko i wyłącznie dzięki sumom Staburadze. Blanka, Gottfryd i Marit von Zingvalda padli, głównie od strzał i choć nie mam do dzisiaj pewności, wydaje mi się, że gdyby Mistrz Gry nie nagiął wówczas „trochę” zasad, to do finałowego scenariusza miałby dwie tylko postaci graczy…

A problem mongolski rozwiązaliśmy jak to często bywa w trywialny sposób. Skoro chcieli tylko Tekli, to zapakowaliśmy ją wraz z Uwe na barkę, która zabrała ją do Rygi. Następnego dnia po Mongołach została zdeptana trawa i swąd koziego futra. No, może jeszcze sterta trupów i spalone plony, ale któż by dbał o takie detale?

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Crusaders of the Amber Coast, Raporty z sesji. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s