KB#51: Panta rhei

Tak to już jest, że zmiany są nieuniknione. Obojętnie co by się nie robiło, nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, a z grami fabularnymi nie jest wcale inaczej. Moje podejście zmieniają przeczytane podręczniki, dyskusje o wspólnym hobby, kolejne sesje, nowi współgracze i mistrzowie gry. Mimo, że rpg to tylko rozrywka, miła forma spędzania wolnego czasu, to mam go na tyle niewiele, że dążę do optymalizacji w jego wykorzystywaniu. Tak aby na sesji bawić się dobrze, a po jej skończeniu nie mieć uczucia niedosytu.

Niby można grać w jeden system ze stałą ekipą przez dwadzieścia lat i mieć z tego frajdę. Nie wiem ile osób gra tyle czasu nie wprowadzając własnych zasad zaczerpniętych z doświadczeń z innymi systemami, nie modyfikując świata o własne pomysły i nie sięgając po nowe edycje gry o ile jest taka okazja. Ja tak nie umiem.

Przez dwadzieścia lat mojej przygody z grami fabularnymi zmieniło się niemal wszystko. W 1994 roku objawieniem były Kryształy Czasu, które kserowało się z MiM-ów i w koszulkach wpinało do segregatora. Pierwsza edycja Warhammera dla studenta żyjącego ze stypendium była koszmarnie droga, ale udało się ją nabyć przy pomocy… administracji akademika. Kostki do gry sklejaliśmy sami z tektury – nie dlatego, że były drogie, tylko nie było ich w ogóle.

Graliśmy głównie w akademikach, nie było pojęcia „dyskomfortu Mistrza gry” gdy na sesji było siedmiu, a nawet dziesięciu graczy. Kostki stanowiły ważną część rozgrywki, bo karta postaci definiowała odgrywany charakter nie tylko na papierze. Dochodziło do takich perełek, że gracze z postaciami tępych barbarzyńców, testowali inteligencję sprawdzając, czy ich postać wpadłaby na tak skomplikowany pomysł.

Niczym nadzwyczajnym nie było wzajemne podrzynanie sobie gardeł przez członków jednej drużyny, albo sięganie po truciznę. Najwięcej problemów było, gdy charyzmatyczny gracz robił sobie postać wątłego Niziołka i usiłował wieść prym w drużynie. Zdarzyło mi się skończyć sesje po dwóch godzinach, bo postaci graczy pozabijały się nawzajem – a było ich dokładnie dwóch.

Bum na Świat Mroku minęliśmy łukiem, łupaliśmy sobie radośnie w fantaziaki, a czasami Cyberpunka. Wiele czasu przesiedzieliśmy przy autorce. Złote czasy mojego RPG skończyły się wraz ze studiami w ’98. Właśnie wtedy, gdy nie było możliwości grania minimum raz w tygodniu, nabrałem wielkiego szacunku dla każdej chwili spędzonej przy erpegowym stole.

W tym samym czasie pojawił się Portal, a pod koniec 2000 roku zacząłem korzystać z Internetu. Braki w sesjach na żywo rekompensowałem sobie po części dyskusjami, po części czytaniem o tym jak grają inni. Zacząłem kupować i czytać podręczniki do różnych systemów. Niewiele z nich przebiło się na sesje, bo grywaliśmy rzadko, a gracze chcieli tego co dobrze znali. Ale przemycałem na sesje pojedyncze pomysły, a czasami nawet więcej. Wówczas często grywaliśmy w terenie, często zapominając o kościach w kieszeni, po które sięgaliśmy tylko w przypadku walki. Po drodze mocno przewietrzyło nam ekipę. Już po studiach każdy wylądował w swojej parafii, teraz doszły żony i dzieci. Dla części graczy były to przerwy w graniu na pół roku, dla innych koniec przygody z rpg.

Z czasem zacząłem publikować teksty erpegowe w sieci. Najpierw była to chyba strona naszej autorki Srebrna Pieczęć, potem wiedźminowa strona Borga, a od 2006 Polter. Tworzenie rzeczy okołoerpegowych dawało mi radochę i opinie innych ludzi. Bardzo dużo dała mi przygoda z działem WFRP na Polterze. Praca nad tekstami innych, brutalne i szczere komentarze w moich tekstach, wspólna praca nad dużymi i małymi projektami oraz kilku znajomych, którzy z sieciowych awatarków stali się częścią mojego życia.

Pojawiły się zmiany w naszej ekipie, część nowych ludzi na stałe zasiliła szeregi naszych erpegowych wyjazdów. Każdy nowy gracz, to inny bagaż doświadczeń, a Mistrz gry nawet dwa. Ponownie czerpałem garściami nowe patenty, techniki prowadzenia. W 2010 zagrałem sesję u Krishakha i poczułem jakbym cofnął się o piętnaście lat – ale w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu. Tona pozytywnej energii, bezkompromisowość i wszechobecne kości, które tak bardzo zaniedbaliśmy.

Nie wiem czy potrafię powiedzieć który z przeczytanych tekstów, czy współgraczy jest odpowiedzialny za to, że gram tak a nie inaczej. Nie pamiętam dokładnie co sprawiło, ze cenię sobie granie drużynowe, a co że staram się unikać pustych testów. Nie wiem gdzie bym był bez lektury Savage Worlds, a gdzie bez setek godzin dyskusji o patentach z Trikim. Choć może to wszystko nieco chaotyczne, stanowi  jedną spójną całość, która nie stoi w miejscu, a cały czas się zmienia – w dodatku mam nadzieję, że na lepsze. To taka moja ewolucja w skali mikro, która mam nadzieję szybko się nie skończy.

I w ten oto sposób ambitny plan napisania o ewolucji i rewolucji w WFRP spalił na panewce na rzecz nieco sentymentalnego i nudnego jak flaki z olejem powyższego wpisu…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Karnawał blogowy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „KB#51: Panta rhei

  1. Piastun pisze:

    Dla kogo nudne, dlatego nudne. Ja tam lubię poczytać takie wspominki. I ten wpis bardzo mi się podobał, podobnie jak tekst Drozdala napisany w podobnym tonie.

  2. Enc pisze:

    Również lubię czytać takie teksty 🙂

    Bardzo fajny wpis. Przypomina mi o identycznych czasach w moim życiu – no, może nie identycznych, bo to była końcówka podstawówki i technikum a nie studia, ale graliśmy podobnie i podobne problemy pojawiały się na sesjach. U mnie etap publikacji zbiegł się szczęśliwie z kupnem kompa i znalezieniem w lokalnym sklepie z karciankami i rpg pierwszego „Portala”. Swój pierwszy tekst do P#4 dziubałem chyba sześć godzin (klikanie dwoma palcami, nauka pisania bezwzrokowego zajęła mi chyba ze dwa lata), na odpowiedź w sprawie pisania do Inkluza czekałem chyba ze cztery miesiące… To były zdecydowanie inne czasy. 🙂

    • karprpg pisze:

      No właśnie mogę Ci trochę pozazdrościć całej szkoły średniej, kiedy jest od groma wolnego czasu, a kiedy to o grach fabularnych nie miałem pojęcia 🙂

      • Enc pisze:

        Niby tak, ale jakoś na tygodniu nigdy nie dawaliśmy rady zagrać – tylko na wakacjach. Na studiach było full czasu, ale wtedy RPG jakoś mniej mnie interesowało – te kilka lat wolności nie mogłem spożytkować inaczej, niż katując wątrobę 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s