Krzyżowcy Bursztynowego Wybrzeża po raz dziewiąty

Widma i bursztyn

Wystąpili: Araven – Eric Haraldson, początkujący rycerz zakonny, rzec by można ministrant

Kevin – Gottfryd Schmetterling, czyli doktor Szmaterlok

karp – Georg von Altruppin, dla przyjaciół komtur

Maro – sierżant Uwe, urodzony kwatermistrz

oraz Smartfox – jako: germańscy zbóje, rzymscy legioniści, przerażeni Prusowie, banda posępnych i przerażających widm oraz mała, szukająca zrozumienia i ciepła dziewczynka imieniem Tecla (w tej ostatniej roli okrutnie przekonywujący).

Dziewiąty scenariusz w ramach kampanii CotAC rozegraliśmy na zakończenie październikowego GEJa. Smartfox widząc kondycję graczy (baterie na wyczerpaniu) zdecydował się na krótki epizod własnego autorstwa. O ile pamięć mnie nie myli to druga w naszej kampanii przygoda, której nie ma co szukać w podręczniku.

Akcja rozgrywała się gdzieś na gościńcu wiodącym nas do Asherade, który niegdyś stanowił część Bursztynowego Szlaku. Zdarzenia te miały miejsce po naszym wyjeździe z Culm, choć jednocześnie rozgrywały się kilkaset lat wcześniej. Nasza drużyna wraz z małą Teclą i grupą Prusów została uwięziona w czasie na uroczysku, miejscu bitwy, która rozegrać miała się ponownie.

Najpierw gwałtownie pogorszyła się pogoda, potem podniosła się gęsta mgła, z której dobiegły nas odgłosy walki i śmierci. Zanim jeszcze cokolwiek usłyszeliśmy, Tecla wiedziała już wszystko: „Duchy, widma, niespokojne dusze”. No cóż, nie będzie widmo pluć nam w twarz, ni dzieci nam… straszyć. Dobyliśmy mieczy i pieszo ruszyliśmy w mgłę, Uwe z Teclą i wierzchowcami zostali nieco w tyle.

Najpierw natknęliśmy się na wóz, zwłoki kilku kupców i to co zostało z ładunku: trochę szmat i…

Obrazek

Worek z trzema kilogramami bursztynu. Zapewne było tego na wozie więcej, ale to co zostało i tak uczyniło z sierżanta Uwe szczęśliwego człowieka. Szczęśliwego i bogatego. Nie to jednak pierwsze rzucało się w oczy. Wóz był dziwny, gorzej wykonany, siermiężny, jakby starego typu – bardzo starego. Zamordowani kupcy ubrani byli dziwacznie i mieli śniadą karnację…

Chwilę później pojawili się pierwsi napastnicy. Nieokrzesani wojowie uzbrojeni licho jak wikingowie z czasów naszych pra pra pradziadów, co dziwne władający językiem bardzo podobnym do naszego. Co gorsza metody działania też mieli podobne do naszych, najpierw poleciały w naszą stronę strzały. Z piątką napastników rozprawiliśmy się bez większych strat, choć ze Schmetterlinga sterczało kilka strzał, kolczuga powstrzymała je przed zrobieniem poważnej krzywdy. Tym bardziej, że tak groty jak cała broń napastników wykonane były z brązu.

Obrazek

Bez wahania ruszyliśmy dalej za odgłosami zbójów. Trafiliśmy na grupkę kilku przerażonych Prusów. Podobnie jak my nie bardzo wiedzieli co się dzieje, tyle że ich paraliżował strach. Minęliśmy ich i jeszcze przed szczytem wzgórza starliśmy się z kolejnymi germanami, którzy jak na duchy byli zadziwiająco cieleśni. Chwilę później dobiegły nas dźwięki zza pleców, z dołu. To co zobaczyliśmy, nie stawiało nas w dobrej sytuacji.

Obrazek

Z mgły wyłoniły się trzy setki rzymskich legionistów. Obejrzeli wóz i ciała kupców, wskazywali oskarżycielsko w naszą stronę. Niemal wszyscy byliśmy przekonani, że chodzi o brak sakwy z bursztynami, odmiennego zdania był oczywiście sierżant Uwe. W końcu i on zrozumiał, że nie ma innego wyjścia jak oddać kosztowności i z rozpaczą cisnął workiem w stronę rzymskich upiorów. Wówczas okazało się, że to Uwe miał rację, iż duchy nie chcą bursztynu, a nas.

Nieco przygnieciony ilością przeciwników (trzysta oszczepów, hello!) oraz przekonany o własnej niewinności i słusznych intencjach, Georg zdecydował się ruszyć na negocjacje. Poszło krótko i zrozumiale. Centurion pewien swego pchnął do walki swego przybocznego, który padł dość szybko pod ciosami Georga. Sierżant Uwe zadziałał standardowo, jednym strzałem z kuszy zdjął centuriona…

W powstałym zamieszaniu Georg „przegrupował się” kilkanaście metrów wyżej, do swoich. Sytuacja przedstawiał się nie najlepiej. Grupka Prusów została wycięta w pień, wycofaliśmy się na wzgórze i wówczas zobaczyliśmy drugi oddział Rzymian. Byliśmy otoczeni, a napastnicy szykowali się do starcia. Zobaczyliśmy coś jeszcze.

Obrazek

Szczyt wzgórza był miejscem, w którym przed laty odbyła się wielka bitwa. Świadczyły o tym szczątki zbutwiałej broni, zbroi i sterczący gdzieś po środku złamany symbol legionu. Niebawem jasne stało się komu Rzymianie ulegli, bynajmniej nie chodziło o czterech zagubionych w czasie rycerzy zakonnych i uroczą dziewczynkę. Naszym oczom ukazały się gromko pokrzykujące oddziały germańskich wojów, którzy liczebnie przewyższali legionistów z górą trzykrotnie. Znaleźliśmy się w podwójnym okrążeniu.

Tego było za wiele, postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Miast być świadkami odległej historii, wybraliśmy tworzenie własnej – najlepiej z dala od tego przeklętego miejsca. Za jedyną szansę uznaliśmy próbę przebicia się między przegrupowującymi się Rzymianami. Mieliśmy konie, mocniejsze zbroje i niewiele do stracenia.

Obrazek

Mieliśmy też wiele odwagi, a najwięcej sierżant Uwe, który ani myślał porzucać bursztyny, którymi tak szczęśliwie obdarzył go los. Rzymianie rzucili w naszą stronę ledwie kilka oszczepów, na więcej nie mieli czasu, zmieniali szyk na obronny. W pełnym galopie przejechaliśmy na rżących koniach przez opar gęstej mgły, która rozstąpiła się leniwie.

Wszystko umilkło. Za naszymi plecami wiatr hulał po pustym uroczysku. Tecla tuliła się do sierżanta Uwe, ten z kolei ściskał czule sakwę pełną bursztynu. Z pleców Schmetterlinga i Georga sterczało kilka strzał i jeden czy dwa oszczepy. Słowem wszystko po staremu.

Wracamy do Asherade.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Crusaders of the Amber Coast, Raporty z sesji. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Krzyżowcy Bursztynowego Wybrzeża po raz dziewiąty

  1. smartfox pisze:

    W zasadzie trzecia :). Następnym razem mniej magicznego eliksiru i kondycja moja będzie lepsza:)

  2. Maro pisze:

    Zaaaaaaraz, przecież bursztyn jedzie z nami!!!! Epizod z rzucenie to kłamstwo, na boga!!!

    Ej, ale tak serio. W życiu nie pamiętam rzucania „worem” 😉

  3. karprpg pisze:

    @ smrtfox
    jak trzecia? ta z templariuszami była na pewno Twoja, która jeszcze? a z eliksirem wszystko było cacy, to snu było za mało. przynajmniej tego dnia 😛
    Maro, sierżant Uwe bardzo nie chciał oddać bursztynów, ale w końcu goi przekonaliśmy. o ile nie dziwi mnie fakt, że wyparłeś to z pamięci, to zastanawia dlaczego nie kojarzysz, że bursztyn odzyskałeś zanim skoczyliśmy „z powrotem” w nasze czasy, bo „kilka kroków różnicy nie robi” 🙂 Zatem co najważniejsze sakwę posiadasz. 🙂

  4. smartfox pisze:

    Zakon, jełopie, zakon :). Trzeci to odbicie Tekli z łap Litwinów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s